Mity o wiaduktach w Stańczykach

Był środek lata 1926 roku. Nad Puszczą Romincką od wielu dni, a nawet tygodni wisiał wprost niemożliwy do zniesienia upał. Żar lał się
z rozpalonego nieba, ludzie kryli się pod kosmatymi gałęziami stuletnich świerków, nawet kąpiel w niewielkim Jeziorku Tobellus nie przynosiła upragnionej ochłody. Życie w maleńkiej wsi Smatshausen (niemiecka nazwa wsi Stańczyki) wydawało się obumierać.

Tylko z głębokiego jaru rzeki Błędzianki dochodził stukot młotów, zgrzyt pił
i łoskot zrzucanych z dużej wysokości głazów. Trwały ostatnie, nazwałbym kosmetyczne, prace przy budowie drugiego już potężnego mostu kolejowego spinającego brzegi wąziutkiej w tym miejscu rzeki. Pierwszy zbudowano przed dwunastu laty.

Spieszono się. Stańczykowską budową interesował się nawet rząd prowincji Ostpreussen (Prus Wschodnich), bowiem mosty w Stańczykach były jednym z ostatnich ogniw pozwalających połączyć linią kolejową Gołdap
z Żytkiejmami i dalej z Głąbinem (Gumbinnen) i Stołupianami (Staluponnen). Po uruchomieniu tego odcinka cała Puszcza Romincka – największy
i najpiękniejszy kompleks leśny w Prusach, miejsce polowań pruskich królów – zostałaby ze wszystkich stron otoczona koleją. W odległym Konigsbergu (Królewcu) oczyma wyobraźni już widziano wielotysięczne tłumy Niemców podróżujących pociągami turystycznymi, zatrzymujących się co kilka kilometrów i z okien wygodnych Pulmanów podziwiających przepiękny wschodniopruski Heimat.

Ekonomiści już liczyli, ile milionów Reichsmark wpadnie do wciąż dziurawego budżetu tej wschodniopruskiej prowincji.

Stańczyki w napięciu oczekiwały na bardzo ważne wydarzenie, może nawet najważniejsze w całej ich dotychczasowej historii. Za kilka dni po jednym
z dwóch gigantycznych mostów przerzuconych nad jarem Błędzianki przejedzie pierwszy pociąg. Zapewne pojadą nim bardzo ważni podróżni
z Królewca, a może nawet z Berlina. Może nawet pociąg zatrzyma się przed mostem, może goście wysiądą, zejdą na dół, wejdą pod środkowe przęsło południowego wiaduktu i stąd będą podziwiać budowlę?

A podziwiać rzeczywiście jest co.

Dwa równoległe wiadukty, każdy długi na ponad dwieście metrów i wysoki na prawie czterdzieści (*), spinają strome w tym miejscu brzegi Błędzianki. Nawet najwyższe świerki swymi ostrymi czubami nie sięgają koron wiaduktów.

„Das ist wunderbar!” (to jest cudowne) – wykrzykną zapewne w uniesieniu dostojni goście z Królewca i Berlina. Dla niemieckiego inżyniera i robotnika nie ma przeszkód nie do pokonania!

Istotne, cała ta imponująca budowla, później słusznie ochrzczona mianem „akweduktów Puszczy Rominckiej”, bardziej służyła propagowaniu niemieckiej myśli inżynierskiej niż celom czysto utylitarnym. Przecież wystarczyło tory poprowadzić o kilka set metrów na południe, gdzie teren jest bardziej płaski, i nie trzeba byłoby budować aż tak wysokich
i kosztownych wiaduktów.

Odnosi się wrażenie, jakby projektanci tej linii kolejowej celowo wyszukiwali największe przeszkody tylko po to, aby je pokonać. A może rzeczywiście chodziło o to, by zadziwić świat niemieckimi zdolnościami technicznymi?

Ale wróćmy na chwilę do owego upalnego dnia 1926 roku.

Późnym popołudniem na zachodnim nieboskłonie zaczęły zbierać się ciemne chmury.
- Bedzie buza, oj bedzie – z lekka mazurząc szeptały kobiety i ukradkiem kreśliły znak krzyża.
A powietrze robiło się coraz bardziej parne – ciśnienie atmosferyczne spadało do nie spotykanego dotychczas poziomu.

I właśnie wtedy stała się rzecz, której nie oglądali nawet najstarsi mieszkańcy Smatshausen - ani Niemcy, ani Mazurzy. Małe jeziorko Tobellus pokryło się nagle grubą warstwą ciemnego błota, które wypłynęło z głębin na powierzchnię.

Potem nastąpiło to, o czym będzie się opowiadać przez długie dziesięciolecia, aż do dziś: niebo przeszył zygzak błyskawicy, piorun uderzył w jezioro, z wody wytrysnęły ogromne jęzory niebieskawych płomieni. Rozległ się huk, który śmiertelnie przeraził nawet kombatantów niedawnej wojny światowej, nawykłych przecież do wybuchów bomb i granatów.
We wszystkie strony pofrunęły wielotonowe bryły jeziornego szlamu, ziemia zadrżała, z brzękiem wypadły szyby w oknach. Robotnicy pracujący przy wiaduktach z przerażeniem zobaczyli, jak chwieją się ich potężne betonowe filary.

Po godzinie wszystko się uspokoiło, a po kilku dniach uczeni z Królewca wyjaśnili przyczynę wybuchu w jeziorku Tobellus. Okazało się, że błyskawica zapaliła gaz błotny, który od stuleci tworzył się na dnie jeziora z gnijących resztek roślin i tego właśnie dnia, wskutek bardzo niskiego ciśnienia atmosferycznego razem ze szlamem wydobył się na powierzchnię.

A co się stało z wiaduktami?

Niestety, towarzyszące wybuchowi gazu lokalne trzęsienie ziemi naruszyło konstrukcję betonowych wiaduktów. Przybyli na miejsce rzeczoznawcy wydali na nie ostateczny wyrok: już nigdy nie przejedzie po nich żaden pociąg.

Taką to właśnie piękną historię usłyszałem przed laty z ust przewodnika oprowadzającego turystów po stańczykowskich wiaduktach. Do dziś jest
ona zresztą powtarzana w niektórych opracowaniach turystycznych.



(*) Niektórzy autorzy podają: długość wiaduktów – 150 m, wysokość -31,5 m

Mity o wiaduktach w Stańczykach Fakty o wiaduktach w Stańczykach Region godny polecenia
Atrakcje | Galeria | Historia | Informacje | Mapa | Hotele | O firmie | Kontakt